Chorować czy nie chorować? Oto jest pytanie. Każdy chce się cieszyć końskim zdrowiem, a służbę zdrowia omijać szerokim łukiem. Inaczej sprawa się ma podczas ciąży. Czy przyszła mama powinna pracować do samego porodu? A może ma prawo do taryfy ulgowej i odrobiny odpoczynku?

Pierwszy trymestr jest ciężki. Niektórzy mówią, że to ciąża patykiem po wodzie pisana. Mdłości, nudności, ciągłe zmęczenie. Do tego dochodzi wysokie ryzyko poronienia. Drugi trymestr to podobno pełnia szczęścia. Widać już brzuszek, więc można go pięknie eksponować. Przyszłe mamy są radosne i pełne entuzjazmu. Wszystko po to, by zmierzyć się z ostatnimi trzema miesiącami. Wtedy tyją na potęgę, są rozdrażnione, ciągle zmęczone, wzruszają się podczas kupowania śmietany w markecie. Czy w tym całym szaleństwie jest miejsce i ochota na aktywność zawodową? Są trzy możliwości: pójść na L4, pracować albo zostać wysłanym na zwolnienie lekarskie.

Lekarz mówi „Nie”
Nie dla każdego ciąża jest okresem łatwym, lekkim i przyjemnym. Wszystko się może zdarzyć, więc niektóre przyszłe mamy całe dziewięć miesięcy muszą spędzić w domu. Nie mogą się forsować. Najlepiej by było, aby leżały w łóżku i wypoczywały. Często muszą przewartościować całe swoje życie – plany osobiste i zawodowe.

Jeśli lekarz zdecydowanie odradza aktywność zawodową, powinno się uszanować jego opinię, która jest poparta wiedzą i doświadczeniem. W końcu to specjalista i na pewno nie chce zrujnować nam ewentualnej kariery. Kieruje się dobrem maleństwa i jego mamy.

Taka ewentualność nie jest najlepszym rozwiązaniem dla pracodawcy, który z dnia na dzień zostaje bez pracownika. Musi przeprowadzić błyskawiczną rekrutację i znaleźć zastępstwo.

Urlop W 100% płatny
Zdarza się, że niektóre kobiety w ciąży decydują się na pójście na L4, ponieważ traktują je jako urlop. Wolą skupić się na sobie, zająć się przygotowaniem do roli matki, urządzić pokoik, skompletować wyprawkę. Chcą poczytać książki, pouczyć się języków obcych, a nawet… zrobić prawo jazdy! I mają do tego święte prawo. Odrobina zdrowego egoizmu jeszcze nikomu nie zaszkodziła, ale czy jest sens? Na własne życzenie decydują się na ucieczkę z rynku pracy na niemal dwa lata. W tym czasie wiele może się zmienić. Co zrobią, kiedy okres ochronny się skończy, a pracodawca pierwszego dnia po urlopie macierzyńskim wręczy wypowiedzenie umowy o pracę? Myślenie krótkoterminowe lubi się mścić w najmniej odpowiednim momencie. Może chodzić w parze z urzędowymi kontrolami.

Niektóre przyszłe mamy psują takim postępowaniem wizerunek kobiet u potencjalnych pracodawców. Często młode mężatki mają mniejsze szanse na atrakcyjną pracę, bo w oczach szefów mogą być postrzegane jako pracownik na pięć minut. Czy to sprawiedliwe podejście?

Z pracy na porodówkę
Przyszłym mamom przysługuje wiele przywilejów. Jeśli więc czują się na siłach i nie mają stresującej pracy, to mogą jak najdłużej być aktywne zawodowo. Taka możliwość ma bardzo dużo plusów. Przede wszystkim dzięki niej można się wciąż rozwijać i podnosić swoje kwalifikacje. Istotny jest również fakt codziennego wychodzenia do pracy i spotykania się z innymi ludźmi. Aktywne ciężarne mają mniej czasu na rozmyślanie o porodzie, analizowanie wyników badań i czytanie bzdur w Internecie, co nie wpływa dobrze na ich samopoczucie.

Którą drogę wybrać, zależy tylko i wyłącznie od przyszłej mamy. Najlepiej byłoby odnaleźć złoty środek, jednak nie jest to takie proste. Wszystkie rozwiązania mają swoje słabe i mocne strony. Jednak jak mawiał klasyk, ważne, aby plusy nie zasłoniły nam minusów.

Tekst: M. Zieleń-Puszczecka