We wrześniu br. firma WIŚNIOWSKI ruszyła z akcją „Razem ratujmy małe serduszka”. Jej celem było zebranie funduszy na specjalistyczny sprzęt do ratowania życia małych pacjentów Kliniki Kardiochirurgii Dziecięcej w Krakowie. Do akcji dołączyło 155 partnerów handlowych firmy z całej Polski. Razem przekazali klinice pół miliona złotych!

5 grudnia, przeddzień mikołajek, to dla pacjentów oraz lekarzy Kliniki Kardiochirurgii Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie dzień prawdziwie świątecznych prezentów. Tego dnia w progach szpitalnej biblioteki zagościli specjalni goście – Krystyna Baran, prezes firmy WIŚNIOWSKI, producenta bram, drzwi i ogrodzeń, oraz przedstawiciele współpracujących z marką przedsiębiorstw. Wszystko za sprawą podsumowania trwającej od września akcji „Razem ratujmy małe serduszka”, która za cel obrała sobie zebranie funduszy na zakup specjalistycznego sprzętu do ratowania życia dzieci. Sprzętu, bez którego przeprowadzanie skomplikowanych operacji na niemowlęcych i dziecięcych serduszkach nie byłoby możliwe.

Do akcji marki WIŚNIOWSKI dołączyło 155 firm z całej Polski. Patronat medialny objęło radio RMF FM oraz „Dobry Tygodnik Sądecki”, a działania w social mediach wsparł dziennikarz Filip Chajzer. W kinach studyjnych obejrzeć można było spot promocyjny z udziałem wybitnego kardiochirurga prof. Janusza Skalskiego, a w salonach sprzedaży skorzystać ze specjalnej oferty na produkty marki WIŚNIOWSKI wyposażone w nowoczesną technologię inteligentnej automatyki domowej. Efekty przerosły oczekiwania!
– Nasi partnerzy handlowi zdecydowali się wspólnie przekazać klinice ponad 199 tys. złotych. Zgodnie z obietnicą marka WIŚNIOWSKI miała podwoić tę kwotę. Wiemy jednak, jak duże są potrzeby oddziału i jesteśmy przekonani, że każda złotówka, która trafia do tego szpitala ma nieobliczalną wartość. Z tym większą satysfakcją przekazujemy pieniądze na jego funkcjonowanie – mówiła podczas spotkania prezes Krystyna Baran, wypisując na czeku kwotę aż 500 tys. złotych. To o 100 tys. więcej niż marka początkowo deklarowała.
Czek na pół miliona złotych odebrał z rąk prezes Krystyny Baran kierownik kliniki kardiochirurgii dziecięcej prof. Janusz Skalski.
– Jesteśmy bardzo miło zaskoczeni wysokością tej kwoty. Żadne dotychczasowe akcje nie przyniosły takiego efektu finansowego, jak ta z firmą WIŚNIOWSKI. Marzyliśmy o echokardiografie, teraz to marzenie będziemy mogli spełnić. Kupimy sprzęt z najwyższej półki, który będzie służył przez wiele lat. Uratujemy dzięki niemu nie jedno, a tysiące dzieci. To wspaniałe, że może liczyć na wsparcie tak prężnie działających firm. Jestem ogromnie wdzięczny wszystkim tu obecnym, zrobiliście coś pięknego! – mówił prof. Janusz Skalski.
Dodatkowo dzięki działaniom reklamowym marki na subkonto fundacji Schola Cordis, zbierającej fundusze na funkcjonowanie kliniki kardiochirurgii, wpłynęło 13 tys. złotych od indywidualnych darczyńców. To dar serc o ogromnej wartości dla małych pacjentów krakowskiej kliniki kardiochirurgii.

Szpital w Prokocimiu to jeden z najważniejszy ośrodków medycznych w kraju, znany również w Europie. W poradniach udzielanych jest ponad 170 000 konsultacji specjalistycznych rocznie, a na oddziałach wykonuje się ok. 7000 zabiegów operacyjnych, w tym ok. 450 zabiegów kardiochirurgicznych. Do krakowskiego szpitala kierowani są pacjenci z całej Polski, a kadra specjalistów podejmuje się nawet najbardziej skomplikowanych operacji. Dzięki ich pracy nowe życie zyskało tysiące dzieci. Charytatywne zbiórki pieniędzy i filantropijne działania polskich przedsiębiorców pozwalają odzyskać zdrowie kolejnym pacjentom. Liczy się każdy, nawet drobny gest. Razem ratujmy małe serduszka!

Relację wideo z podsumowania akcji „Razem ratujmy małe serduszka” i przekazania czeku obejrzeć można na fanpage’u marki WIŚNIOWSKI na Facebooku.
Pełna lista firm biorących udział w akcji dostępna TUTAJ.

Dobroczynność to niczego nie oczekiwać w zamian

Wiśniowski razem ratujmy małe serduszka profesor Janusz Skalski
prof. Janusz Skalski

Rozmowa z prof. Januszem H. Skalskim, kardiochirurgiem dziecięcym, dyrektorem Polsko-Amerykańskiego Instytutu Pediatrii Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie.

– Panie profesorze, jeszcze kilkanaście lat temu hasło „operacja serca” było zapowiedzią czegoś groźnego i skomplikowanego. Dzisiaj interwencja kardiochirurgiczna zaczyna się nam jawić jako rutynowy zabieg.
– Słowa „rutyna” i takiego stanu umysłu akurat bym się wystrzegał. Ale faktycznie to, co dawniej wydawało się poza naszym zasięgiem i możliwościami medycyny, w tej chwili podlega normalnemu leczeniu. Dzieci z poważnymi wadami serca przeżywają i operację, i bardzo trudny proces leczenia. Pamiętam moje pierwsze lata pracy w tym szpitalu, kiedy patrzyliśmy na medycynę zachodnią, głównie amerykańską, jak na niedościgniony wzór. Wydawało nam się, że nigdy nie uzyskamy takiego poziomu lecznictwa, jaki był w Stanach Zjednoczonych w owym czasie, czyli przełomie lat 70. i 80. XX wieku. Pamiętam te czasy, bo zaczynałem przygodę z kardiochirurgią i patrzyliśmy na tych Amerykanów jak na bożyszcza, a na medycynę amerykańską jak na odległą galaktykę, do której nigdy nie będziemy w stanie dotrzeć.
Tymczasem dotarliśmy tam, zrównaliśmy się poziomem i w wielu dziedzinach mamy możliwość zaoferowania pacjentowi identyczne sposoby leczenia jak w USA. Możemy jeszcze troszkę niedomagać, bo startowaliśmy z bardzo złego poziomu i stopniowo nadrabialiśmy te ogromne straty, które wynikały ze straszliwego zaniedbania medycyny polskiej w komunie.
– W kilka lat nadrobiliśmy ten kosmiczny dystans?
– W szpitalu w Prokocimiu otrzymaliśmy niezwykłą szansę, jaką chciałyby mieć różne ośrodki leczenia w Europie. Mianowicie, mieliśmy kontakt z najlepszą medycyną amerykańską, która tutaj się pojawiła za sprawą Project Hope – organizacji, która pomagała krakowskiemu szpitalowi. Dzięki temu mogliśmy śledzić najwybitniejsze osiągnięcia. Odwiedzał nas profesor William Norwood, który siedemnaście razy był w Krakowie i operował. On tutaj tworzył nową medycynę, przeprowadzał operacje pionierskie w skali światowej. To genialny chirurg, który był naszym mistrzem.
– Pamiętam koleżankę, która pod koniec lat 70. trafiła na operację serca do Prokocimia. Kiedy wróciła po kilku miesiącach, była przez otoczenie traktowana jak przybysz z innej planety, jakby przeszła przez niemożliwe.
– Już to wyjaśnię. W czasach, o których pan opowiada, operowaliśmy wyłącznie proste wady serca, ale i one były wielkim wyzwaniem dla lekarzy. W tej chwili proste wady serca to jest materiał szkoleniowy dla młodszych lekarzy, którzy wchodzą w zawód. Prostych wad mamy obecnie bardzo mało, wśród tego, co trafia do kliniki. Kiedyś wady złożone w ogóle nie trafiały na stół operacyjny, bo umierały wcześniej. Nie miały szans na leczenie. Świat medyczny był przyzwyczajony, że są wady, które są nieoperacyjne.
– Taka diagnoza to był wyrok?
– To rzeczywiście był wyrok, ale proste wady się operowało, choć jakaś śmiertelność zawsze była. W tej chwili w prostych wadach śmiertelność jest zerowa. Możemy powiedzieć, że pacjent z prostą wadą jest wyleczony i na całe życie dajemy mu gwarancję, że powinno być dobrze. Może dożyć późnej starości. Głównym problemem w kardiochirurgii są teraz ciężkie, złożone wady serca, które dawniej nie przeżywały okresu noworodkowego. Dzisiaj je operujemy. Najliczniejszą grupę stanowią dzieci z pojedynczą komorą serca. To jest wielkie wyzwanie: jedna komora zamiast dwóch. I z powodzeniem podlegają leczeniu, ale trzeba uwierzyć, że to jest możliwe.
Mówimy o grupie trudnych pacjentów, tym bardziej cieszymy się, że możemy im pomóc. To są dzieci, bardzo dotknięte przez zły los, a które my „wyciągamy za uszy” do życia. Przed tymi dziećmi otwiera się przygoda z życiem, chociaż trudno zakładać, że dożyją późnej starości. Ale czy to powód, by ich nie operować?
[…]
– Panie profesorze, jakiej wielkości jest serce noworodka?
– Czasem operujemy dzieci, które ważą poniżej 500 gramów i wtedy to serduszko ma półtora centymetra. Serce donoszonego noworodka jest porównywalne do serca indyczki kilkukilogramowej. Przyjrzyjmy się kiedyś, jeśli będzie okazja.
– Co pan czuł, kiedy pierwszy raz zobaczył pan serce bijące w człowieku?
– Dreszcz emocji. Pierwszy raz widziałem serce na wierzchu, kiedy byłem na studiach. Ale wtedy jeszcze stałem z boku. W momencie, kiedy człowiek zaczyna samodzielną przygodę z sercem i bierze za nie odpowiedzialność, to czuje wielkie brzemię na barkach. Jeśli mi się coś nie uda i to dziecko umrze, to ja będę za to odpowiedzialny. No więc ja poczułem odpowiedzialność za czyjeś życie, kiedy zacząłem samodzielnie pracować. Najpierw operowałem pod opieką mojej szefowej, prof. Zdebskiej. To były dla mnie spokojne czasy, bo ktoś za mnie brał odpowiedzialność. Ale przyszedł moment, gdy zacząłem operować samodzielnie, a kiedy przeniosłem się na Śląsk w 1990 r., to jakbym rzucił się na głęboką wodę. Wówczas musiałem sam decydować o wszystkim i samodzielnie spełniać tę misję. Poszedłem na zaproszenie profesora Religi, który był tam wtedy szefem katedry kardiochirurgii, i dobrze wspominam ten czas. To była kapitalna szkoła samodzielności i odpowiedzialności. W tamtych czasach śmiertelność była kilkakrotnie wyższa niż teraz. W tej chwili jest znikoma. Istnieje pewna marginalna grupa wad tak bardzo złożonych i tak obciążonych dodatkowymi problemami, że jesteśmy bezradni. Niemniej wyznajemy zasadę, że w każdej wadzie coś można zrobić, coś poprawić, a jak nie, to pozostaje przeszczep serca. To jest ostateczność. Niestety, w Polsce przeszczepy serca cierpią boleśnie na brak dawców, mamy zapaść w transplantologii. To jest coś bolesnego i wstydliwego dla polskiego społeczeństwa.
– Dlaczego jest tak mało dawców?
– Można dużo na ten temat opowiadać, ale istnieje prosta diagnoza: takie mamy społeczeństwo.
– Niewyedukowane? Niechętne?
– Tak, a poza tym bardzo roszczeniowe i negatywnie nastawione do dawania czegoś drugiemu człowiekowi. Na przykład pogrążona w rozpaczy rodzina, której umiera bliski, dowiaduje się od lekarza, że on może być dawcą narządów. Reakcja? „Nie! My się na to nie zgodzimy, dlatego że jakiś mędrzec obiecał, że każdego się da wybudzić”. No więc ja odpowiadam: nie da się! Jest pewna grupa pacjentów, którzy muszą pożegnać się z tym światem, ale mogliby swoje narządy zostawić i uratować nawet kilkoro ludzi.
– Możemy włączyć się do akcji ratującej życie, a kardiochirurga przy stole nie zastąpimy.
– Może to paradoks, co teraz powiem, ale prawdziwa kardiochirurgia uczy pokory, ogromnej pokory, nie pychy. Wtedy, gdy jestem przekonany, że wszystko zrobiłem idealnie, książkowo, że ten pacjent będzie zdrowy, to on wtedy umiera. Z nieznanych przyczyn. W tym zawodzie uczymy się pokory przez całe życie. A kiedy już dochodzimy do zawodowej perfekcji i coś się nam zaczyna nie udawać, to wtedy spuszczamy głowę. I to jest właśnie pokora, która jest nam bardzo potrzebna.
Mój guru profesor Manteuffel, mówił, że jeżeli my, kardiochirurdzy, jesteśmy oddani choremu w 99 procentach i dajemy z siebie 99 procent, to znaczy, że w jednym procencie popełniamy zbrodnię na pacjencie. Zbrodnia to może nie jest właściwe słowo – brzmi tak, jakbyśmy celowo zrobili coś złego, ale takie były słowa profesora. To jest głęboka przenośnia, ale jest w tym jakiś sens. Sytuacja, jakbym czegoś nie dopilnował. Jest takie straszliwe zmęczenie nocną porą, kiedy czujemy, że już nie damy rady, bo nasze zdrowie, a nawet życie zacznie się sypać. I gdybym – będąc w takim stanie – od czegoś odstąpił, to bym sobie tego nie wybaczył.
– A są takie momenty, kiedy…
– … kiedy mówimy, że mamy już dość? Jestem coraz starszy i miewałem takie chwile, kiedy byłem przy stole operacyjnym kilkanaście godzin i miałem po prostu już wszystkiego dość.
– Zmienili się pacjenci na stole, a pan ciągle przy nim stał?
– Nie, to był ciągle ten sam pacjent. Gdyby się zmieniali, to by można odpocząć, ale jak się cały czas jest przy stole, to się nie odpoczywa. Pacjent krwawi, robimy wszystko co możemy i ten pacjent ginie w naszych rękach. Wtedy mówimy: „Panie Boże, zrób coś, bo ja już więcej nie dam rady”.
– Przed chwilą jeden z pańskich współpracowników przekazał panu komunikat, który dla człowieka z zewnątrz, brzmi trochę nierealnie: „Dwoje dzieci jest umierających”. Człowiek spoza świata medycyny wpada w panikę, a co pan czuje po takich słowach?
– W pierwszej kolejności muszę stanąć na głowie, żeby problemowi podołać organizacyjnie, żeby jeden i drugi dożyli chwili, kiedy mogą być zoperowani i będzie szansa, że przeżyją. I musimy wszystko tak zrobić, żeby oni dożyli. To jest bardzo ważne, aby mieć trzeźwy umysł, rozsądne myślenie i doświadczenie. Żeby czasem nie tylko na podstawie wyników, ale również przeczucia, że dany pacjent jest w tej chwili najbardziej zagrożony. To jest intuicja, sztuka przewidywania, sztuka lekarska i to, co pisał wieszcz: „Czucie i wiara silniej mówi do mnie, niż mędrca szkiełko i oko”, innymi słowy co dusza nakazuje, żeby w danym momencie właściwie zadecydować.
[…]
– Co dają takie akcje, jak ta „Ratujmy małe serduszka” zorganizowana przez pańską Fundację i firmę Wiśniowski?
– To głównie możliwość zakupu sprzętu. Ze środków budżetowych nie jesteśmy w stanie odpisywać kwoty na zakup sprzętu. Wszystko idzie na leczenie i pensje. Na sprzęt już nie wystarcza. Doraźnie mamy do wszczepienia pompę wirową do schorowanego serca dziecka, to koszt stu tysięcy euro. Sporo, prawda? Jest na to pokrycie finansowe, i dobrze, ale już nie ma na monitory, respiratory, podgrzewacze, łóżka, strzykawki automatyczne, nowy aparat do ECHO, nowy aparat do krążenia pozaustrojowego – czyli wszystko to, co potrzebne jest w procesie leczenia. Finansowo ślizgamy się na granicy.
– Jest rolą profesora medycyny załatwianie niezbędnego sprzętu i pieniędzy? Może raczej powinien skupić się na pracy lekarskiej?
– Tak, to nie jest moja rola. Ale rolą Jurka Owsiaka było robienie programów radiowych, a nie organizowanie akcji zbierania pieniędzy. To robi dziennikarz, a może ktoś inny powinien te pieniądze jakoś zdobywać? Moim zawodem nie jest zbieranie pieniędzy. Zajmuję się tym przy okazji. Organizowaliśmy w tym celu koncerty Filharmoników Wiedeńskich, bale charytatywne, aukcje, biegi masowe, a teraz pojawiła się szansa z firmą Wiśniowski. Cudowna okazja dla podreperowania budżetu, bo to jest dobra firma, która ma tak znakomite kontakty, że jest w stanie wykrzesać z różnych źródeł środki finansowe i bardzo liczę na to, że nam pomogą.
– To ważne, że przedsiębiorstwo tak odległe od kardiochirurgii i medycyny nie przechodzi obojętnie obok problemu?
– Bardzo ważne, bo my w Polsce ciągle nie rozumiemy dobroczynności. Ona była u nas w okresie międzywojennym, a w czasach komuny została wdeptana w ziemię. Nie było zbiórki pieniędzy, rzucało się tylko na tacę w kościele. Były akcje „Cały kraj buduje swoją stolicę”, ale to był przymus dawania, a skoro przymus to nikomu się nie chciało. My się dopiero uczymy dobroczynności – takiej prawdziwej, szlachetnej, zbiórek charytatywnych. Uczymy się od innych. Bogate społeczeństwa zachodnie, od dziesięcioleci były przyzwyczajone, że bezdzietna rodzina swój majątek przeznaczała na uniwersytet, rozwój nauki, albo na szpital. U nas się przeznaczało na Kościół.
– Złości to pana?
– Nie widzę nic złego w tym, że ktoś przekazuje swoje pieniądze na Kościół.
– Ale złości pana, że ludzie nie przeznaczają pieniędzy na rozwój medycyny?
– Nie złości, boli mnie to. Uważam, że to jest nasza narodowa przywara, iż nie potrafimy swojego dobra bezinteresownie dać innym […] Dobroczynność ma być po to, żeby niczego nie oczekiwać w zamian. Jeżeli jest w społeczeństwie takie przekonanie, że czynię komuś dobro, bo to dobro do mnie wróci – to znaczy, że to nie jest prawdziwa dobroczynność. Jeżeli liczę na coś w zamian, to znaczy, że próbuję zrobić na tym interes.

Rozmawiał: Wojciech Molendowicz

Share Button