Piszę ten list, ponieważ chciałabym przestrzec inne mamy, jakie niebezpieczeństwa czyhają na nasze pociechy.

Córka urodziła się zdrowa, dostała 10 punktów w skali Apgar. Cieszyliśmy się naszym szczęściem całe półtora roku. 1 sierpnia 2015 roku wzięliśmy ślub, miesiąc miodowy spędziliśmy w szpitalu…

Tydzień po weselu mała poparzyła się gorącym olejem z frytkownicy. Siostra mojego męża urządziła swojemu synowi urodziny pod chmurką… No i pod chmurką smażyła frytki… Na ziemi, obok biegających dzieci. Wiem… Lekkomyślność to mało powiedziane. Córkę miałam cały czas na oczach. Byłam pewna, że frytkownica jest już wyniesiona. Jednak nie była. Płacz, jaki wtedy usłyszałam, był najgorszym z dźwięków, jaki kiedykolwiek usłyszałam. Szybka reakcja – zimna woda, samochód, szpital. Tam już wszystko potoczyło się lepiej. Córka dostała morfinę, przestała płakać. Lekarze odpowiednio się nią zajęli, już mogliśmy tylko patrzeć. Niestety oparzenie było o wiele gorsze, niż przypuszczaliśmy. Obie nogi – poparzenie drugiego i trzeciego stopnia. Lekarze od razu zapewniali zapowiedzieli nam przeszczep. Po kilku dniach sytuacja się pogorszyła. Hemoglobina spadła tak nisko, że mała musiała mieć podaną krew. Żywienie pozajelitowe, bo nie chciała jeść. Codzienne zabiegi, zmiany opatrunków i czyszczenia ran. W szpitalu spędziliśmy prawie miesiąc. Cudem uniknęliśmy przeszczepu, lekarze byli zdziwieni, jak dobrze wszystko się goi i jak silna może być tak mała istotka. Teraz jest już dobrze. Minął rok, po wypadku zostały tylko blizny, z którymi walczymy nadal.

Rodzice, miejcie oczy dookoła głowy, pilnujcie swoich pociech na każdym kroku. Nie wiadomo, co i kiedy się wydarzy.

Klaudia

Share Button