O tym, że jestem w ciąży dowiedziałam się 14 lutego w Walentynki, a jednocześnie 6 rocznica mojego związku z narzeczonym. Miałam mieszane uczucia. Z jednej strony szok (bo przecież nie planowałam jeszcze dziecka, miałam dużo innych planów do zrealizowania przed narodzinami), a z drugiej strony pewnego rodzaju podekscytowanie, bo wiedziałam, że ta istotka powstała z połączenia mnie i mojego partnera. Bardziej scalić się nas nie dało, szczególnie w takim dniu :) No ale stało się. Kiedy ta wiadomość w pełni do mnie dotarła to nie byłam zadowolona. Bałam się jak sobie poradzimy, a jednocześnie czułam jakiś żal, że to koniec młodości, wolności, niezależności. Nie czułam się gotowa. Nie cieszyłam się jak inne mamusie. Wręcz byłam negatywnie nastawiona. Co prawda odstawiłam kawę, alkohol i inne złe nawyki ale to tyle z moich starań. Moja mama była zaniepokojona tym, że się nie cieszę i tym co potrafiłam powiedzieć (do dziś mi wypomina że w ciąży mówiłam różne głupoty). Chodziłam do lekarza i pewnego dnia okazało się, że mam zły wynik TSH. Lekarz mnie ostrzegł, że to poważna sprawa, wysłał mnie do endokrynologa. Nie wiedziałam co to oznacza, ale poważnie się przestraszyłam. Wtedy właśnie pierwszy raz poczułam realne zagrożenie utraty dziecka lub choroby dziecka. Wtedy naprawdę poczułam, że muszę zrobić wszystko żeby ta mała istotka, zależna ode mnie urodziła się cała i zdrowa.

Od tamtej pory na badania chodziłam do prywatnego lekarza – z bardzo dobrymi opiniami. Okazało się, że na razie wszystko jest w porządku. Być może ten zły wynik to sprawka ciąży. Jednakże od tej pory uważałam na siebie i dziecko, musiałam się oszczędzać, nie mogłam zbyt wiele chodzić – raczej miałam zalecenia aby odpoczywać. Odpoczywałam kilka miesięcy, niekiedy już miałam dość, tym bardziej że miałam naprawdę ogromny brzuch i było mi niewygodnie w każdej pozycji. Ale to było nieistotne. Najważniejsze, żeby dziecko urodziło się o czasie i zdrowe.  No i tak doczekałam dnia, w którym zobaczyłam mojego maluszka. Urodził się przez CC ze względu na dużą masę (4,690 kg). Nie obyło się bez perypetii w szpitalu. Niemniej kiedy zobaczyłam swojego synka to czułam coś, czego nie potrafię opisać. Nie była to jednak miłość od pierwszego ujrzenia. Czułam się za niego odpowiedzialna i wiedziałam, że muszę się nim zajmować. Na swój sposób go kochałam, nie chciałam przecież żeby coś złego mu się stało, cierpiałam kiedy płakał, ale mnie czułam tej ogromnej miłości, o której wszyscy mówią.

Z dnia na dzień przywiązywałam się do mojej dziecinki bardziej. Spędzam z nim każdą chwile. Kiedy muszę wyjść na godzinę to tęsknię zanim jeszcze wyjdę z domu. Dziś wiem już co to ogromna MIŁOŚĆ! Nie wyobrażam sobie już życia bez synka. Jego uśmiech gdy mnie widzi wynagrodził mi wszelkie niedogodności ciąży i już nie tęsknie za swoją młodością i niezależnością. Teraz wiem co to jest sens życia :)

Blanka J.

Share Button