Kiedyś uważałam, że mężczyzna nie powinien mieć dostępu do kobiecych sfer. Zakup podpasek, wspólna wizyta u ginekologa, czy asystowanie przy porodzie były dla mnie niedorzeczne. Były, bo gdy na teście ciążowym pojawiły się dwie magiczne kreseczki, ja najzwyczajniej w świecie spanikowałam. Wtedy okazało się, że tak bardzo boję się ciąży i rozwiązania, że potrzebuję wsparcia silnego męskiego ramienia. Mój mąż towarzyszył mi na każdej wizycie u ginekologa, trzymał mnie za rękę, gdy po raz pierwszy zobaczyliśmy nasze maleństwo na USG, ocierał mi łzy wzruszenia z policzka, gdy dowiedzieliśmy się, że będziemy mieć córeczkę. Wprowadziłam go do swojego świata i pozwoliłam, by go udoskonalił. Dzięki temu stawiał mnie do pionu, kiedy rozklejałam się pełna obaw, czy nasze maleństwo będzie zdrowe, jak czarodziej odpędzał złe myśli i sprawił, że czas oczekiwania na naszą córeczkę był jeszcze piękniejszy. Cenię w nim to, że jest taki opanowany, za to że znosił wszystkie moje zachcianki i huśtawki nastroju. Przez te 9-miesięcy zrozumieliśmy się jeszcze lepiej, dotarliśmy się i wyciszyliśmy. Wtedy przestałam się zastanawiać, czy chcę by mąż towarzyszył mi przy porodzie. Nie wyobrażałam już sobie innego scenariusza. To była moja najlepsza decyzja w życiu. Nawet najlepsza położna nie zapewni tak czułej opieki jak kochający mąż. To on poprawiał mi poduszkę, masował plecy, odgarniał z mojej twarzy kosmyki włosów, przytulał i szeptał, że jestem silna i wspaniała. Towarzyszył mi w tej wspinaczce na mój osobisty Mount Everest i dopingował jak nikt inny. Dodał mi skrzydeł i sprawił, że poród wspominam jako najpiękniejszy dzień w moim życiu. Razem powitaliśmy na świecie naszą córeczkę, to on przeciął pępowinę. Myślę, że dzięki temu jest teraz jeszcze lepszym tatą i mężem. Taka życiowa lekcja przyda się każdemu mężczyźnie. Warto wpuścić ukochanego do naszego świata. Trzymając się za ręce można przeżyć każdą burzę.

Monika

Share Button