Hmmm… Cała moja ciąża przebiegła mi w pracy więc poza rosnącą frustracją (proporcjonalnie do wagi), paniką przed każdą kolejną wizytą w gabinecie pobierania krwi i ogólnego rozżalenia, że nie mogę już chodzić na siłownię, niewiele z niej pamiętam. Mąż pracował na zmiany, więc praktycznie się nie widzieliśmy, a dziadkowie – jak to oni w zwyczaju mają – dostali absolutnego opętania („wnuczętością”). To swoją drogą chyba jest bardziej uciążliwe niż płacz dziecka co 2h w nocy :) O cudzie narodzin trudno mi mówić, bo przyznam, że nic cudownego w tym nie było – najpierw zalewają Cię wody płodowe (nietrzymanie moczu w ciąży się zdarza, ale bez przesady!), potem zaczynają się skurcze, które w karetce zaczynają przybierać na sile, gdy wwożą Cie na izbę przyjęć pod hasłem: „co 2 minuty” i słyszysz gromkie „Jezu, 2 minuty!”, zaczynasz panikować. Jak już ogoli Cię pani pielęgniarka, emanująca empatią porównywalna ze stołówkowymi kucharami czasów PRL, a skurcze staną się tak silne, że przestaniesz zauważać odrapane szpitalne ściany czy fakt, że ta anielska postać w białym kitlu wpisuje Twoje dane do komputera jednym palcem… Jeśli będziesz mieć tyle szczęścia, co ja, trafisz na rodzinna salę porodu i odetniesz się od szpitalnego zgiełku. Potem przyjdzie miła pani anestezjolog i gdy zobaczy, ze podczas prysznica wyrwałaś go ze ściany, najsłodszym głosem zaoferuje Ci ZZO. I świat nagle nabierze kolorów. Teraz jeszcze tylko wyobraź sobie, że zbierasz siły na pokonanie wszystkich tych napotkanych ludzi, którzy solidnie nastąpili Ci na odcisk… najlepiej naraz. Hop, jest i cud narodzin. Trochę dziwny ten mój cud, taki mały, różowy… Ale nie, proszę już mi tego cudu nie zabierać. Jeszcze nie wiesz co z tym się robi, niestety nikt nie daje instrukcji obsługi, ale już wiesz, ze nigdy w życiu tego malucha nie oddasz. Obolała, przerażona, wyczerpana, ale tak nabuzowana miłosną adrenalina, że łzy same cisną się do oczu i nikt i nic się już się nie liczy. Tak ja nabawiłam się instynktu macierzyńskiego.

Ada z Siechnic

Share Button