Luz, podróże, spontan, sport, niewiadoma – tak mogę określić swoje życie przed ciążą. Jednak w pewnym momencie, gdy poznaje się już tą odpowiednią osobę – dla której skłonni jesteśmy oderwać się od poprzednich rytuałów, zmienić miejsce zamieszkania – wyprowadzając się „na koniec świata”, porzucając pracę i zmierzając tam gdzie nikogo się „nie ma” i jest tylko ON – dochodzimy do wniosku, że chcemy założyć rodzinę. Pragniemy cieszyć się codziennością patrzenia jak dorasta „krew z naszej krwi”. Gdy dojrzeliśmy już do tej myśli – niestety usłyszeliśmy, że musimy jeszcze poczekać. Choruję na jedną z chorób tarczycy i okazało się przy głębszych badaniach, ze mój organizm nie jest jeszcze w pełni gotowy by zostać matką. Usłyszałam może za pół roku, może za rok, w zależności jak uregulujemy hormony… i mimo, że wcześniej nie myślałam o macierzyństwie i mimo , że pewne decyzje podjęliśmy „na wariata”, zamurowało nas, coś jakby w nas pękło. Uświadomiliśmy sobie jak bardzo pragnęliśmy, i jak dojrzeliśmy do tego, by mieć tego małego szkraba. Czas w takich sytuacjach niestety nie sprzyja – dłuży się! Mija dzień za dniem, wyniki za wynikami, aż w końcu człowiek dostaje upragnioną wiadomość, że to ten moment, na który tak długo się czekało.

Pierwsze miesiące ciąży są niewiadome, uważa się, stara się, chucha na zimne, bo wszystko się może zdarzyć… Ale z wizyty na wizytę widzimy, jak mała Fasolka zmienia się w małego Szkraba – w naszym przypadku syna Mikołaja:)

Czas ten dla mnie był na chwile obecna największym wyzwaniem, wyczekiwaniem, moją najdalszą podróżą – niewiadomą. Pierwszy raz poczułam, że martwię się, dbam o kogoś, kogo jeszcze nie widzę, że mówię do tej małej istotki, że z dnia na dzień kocham ja coraz mocniej. Nigdy nie sądziłam ile pozytywnych zmian zachodzi i przychodzi dzięki roli matki…

Sylwia

Share Button