Nasz synek miał urodzić się najwcześniej za tydzień. Nikt się nie spodziewał tak szybkich jego narodzin. W sobotę rano, jak nigdy wcześniej, poczułam lekkie skurcze. Z ciekawości zaczęłam mierzyć czas ich występowania. 8 minut. Spoko. Jednak telefon do mamy nie zaszkodzi. W słuchawce usłyszałam: „Połóż się i odpoczywaj. Chyba nie chcesz dziś urodzić, jeszcze za wcześnie.” Była 10 rano, usiadłam na łóżku. Przejechałam ręką po prześcieradle, pod którym od dwóch tygodni leżały maty, mające chronić materac przed moimi wodami płodowymi. Wszystko miałam przemyślane. W końcu tydzień wcześniej kupiliśmy wózek i wyprawka została skompletowana. 5 minut. Bez nerwów, ale lekkie podniecenie się pojawiło. Nie zdążyłam się jeszcze położyć. Poczułam, że zaraz coś się stanie. Podeszłam pod drzwi zajętej przez męża łazienki i poczułam jak płyną po moich nogach. „Długo tam będziesz?” „A co?” „Wody mi odchodzą!” Weszłam pod prysznic. Nie spieszyło mi się, w domu czułam się dobrze. Tu wszystko znałam. Zabrałam kosmetyczkę, upewniłam się, że wszystko mam i ku wielkiej uldze mojego męża, koło południa pojechaliśmy do szpitala. W nieznaną przyszłość. 3 minuty. Ciężko mówić podczas skurczów. Badanie i okazuje się, że rozwarcie ma już 5-6 palców. „Połowa już za Panią” – słyszę. Łóżko na sali porodowej trochę mnie przeraża. Mówię położnej, że chciałabym rodzić na siedząco. Zgadza się. Pyta mnie o znieczulenie. Nie chcę. Chcę być świadoma tego cudu. Chcę czuć wszystko. Do piętnastej na zmianę siedzenie na piłce, prysznic i sprawdzanie sytuacji. Boli coraz bardziej, ale mąż jest obok, przytula i podtrzymuje mnie. Widzę w jego oczach, jak nas kocha i jak martwi go ból narodzin. Po kilku minutach zaczyna się poród właściwy. Pojawia się dodatkowy personel. Tylko dzięki cudownej położnej, opanowanej i zdecydowanej, niesamowicie empatycznej, rodzimy szybko. Boli, robię, o co mnie prosi. Pojawił się jeden króciutki, krytyczny moment, a zaraz po nim mój syn. Nasz synek. „Dwie rączki. Dwie nóżki. Pięć paluszków. Pięć paluszków. Pięć paluszków. Pięć paluszków” słyszę i wzruszam się niesamowicie. Już jest przy mnie. Leży spokojnie moje serduszko przy sercu. Jeszcze pępowina. A może to było chwilkę wcześniej? Nieważne. Ważne, że przed szesnastą, nasza rodzina stała się pełna, a owoc naszej miłości jest już obok. Jaki ból? Radość i wzruszenie, miłość i spokój mnie wypełniają. Zostajemy na sali tylko we troje i wtedy z mężem wymieniamy chytre uśmiechy, uśmiechy, które tłumaczą wszystko. Nasz synek jest owocem naszej miłości, naszej miłości z poprzedniej nocy.

Klaudia z Krakowa

Share Button