Poród jest jednym z najważniejszych momentów w życiu. Jest to również chwila ogromnego wysiłku i bólu kobiety, ale też dostarcza potężnej dawki niepowtarzalnych emocji. Dlatego ważne jest, aby mężczyzna wspólnie z żoną mógł zadecydować, czy chce brać udział w całym porodzie, jego części, czy też z tego prawa zrezygnować.

Pierwsza żona, pierwsza ciąża, pierwszy poród – kolejne fazy inicjacji życia mężczyzny. Ta ostatnia faza wtajemniczenia faceta w ojcowski świat, jest momentem niezwykle przełomowym. Coraz więcej mężczyzn bardzo mocno angażuje się w rodzicielstwo od samego poczęcia do przyjścia na świat upragnionego potomka. Świadomość społeczna, większe możliwości, które funduje służba zdrowia sprawiają, że mężczyźni wybierają poród rodzinny jako gwarancję niesamowitego przeżycia.

Przygotowania do wielkiej chwili
Moje strategiczne myślenie obejmowało wszystkie wydarzenia od momentu stwierdzenia małżonki, że rodzi, do chwili, gdy moje dziecko przyjdzie na świat, a następnie, kiedy skończy studia medyczne z wyróżnieniem. Hipotetycznie zakładałem, że moment transportu żony w bólach porodowych na porodówkę będzie wymagał ode mnie niezwykłej sprawności jazdy kierowcy rajdowego. Z tej okazji zakupiłem policyjnego koguta, zrobiłem specjalny przegląd, tuningowałem zawieszenie, no i oczywiście codziennie przez miesiąc tankowałem do pełna. Mój samochód, a wraz z nim ja, byliśmy świetnie przygotowani do godziny porodu. Wyszło jednak inaczej. Kontrolnie pojechaliśmy do szpitala tydzień przed terminem porodu. I już tam małżonka została na obserwację. Codziennie przyjeżdżałem do szpitala z myślą, że dziś nadejdzie ten wielki dzień. Przez cały okres dziewięciu miesięcy zadawałem sobie pytanie: „Czy chcę towarzyszyć przy porodzie?”. Im szybciej nadchodził moment rozwiązania, tym bardziej pozytywne było moje nastawienie. Czytając wiele książek oraz informacji w internecie moja wiedza na temat porodu rodzinnego była tak ogromna, iż byłem przekonany, że towarzyszyć to to samo, co asystować przy porodzie.

Kiedy nadeszły skurcze porodowe nie sądziłem, że moja żona potrafi tak krzyczeć – oczywiście z bólu. Szybko zjechaliśmy windą z pielęgniarką na blok porodowy. Zacząłem szczegółową dezynfekcję rąk, ubrałem zielony fartuch i maskę, jednorazowe rękawiczki i w pełni gotowy do operacji zapytałem położnej: „W czym mogę pomóc?”. Wówczas położna wypowiedziała słynną maksymę Hipokratesa „primum non nocere – po pierwsze nie szkodzić ”. Zrozumiałem wtedy, że moja obecność przy porodzie ma mieć nieco odmienny charakter. Po szybkiej konsultacji z żoną usiadłem koło niej, wziąłem za rękę i po prostu byłem. Starałem się nadzorować czas pojawiających się skurczy i odstępy pomiędzy nimi. Wszelkie informacje od personelu lekarskiego starałem się przekazywać na bieżąco żonie.

Czy faceci się stresują porodem?
Jeszcze jak. Ogromne napięcie emocjonalne towarzyszyło mi od momentu, kiedy rozpoczęły się skurcze porodowe.

W dodatku pierwsza faza porodu przebiegała dość długo, a ja cały czas nie mogłem usiedzieć. Aby rozładować stres zacząłem analizować kondycję finansową naszej narodowej służby zdrowia. Muszę przyznać, że jest bardzo dobra. W pokoju porodowym były takie urządzenia ułatwiające poród i poprawiające komfort pobytu jak drabinki, materac, piłka, worek sako. Słyszałem również, że jest możliwość skorzystania z hydromasażu w sąsiednim pomieszczeniu. Gdy zaproponowałem mojej małżonce zdrowotny fitness lub pilates, zasugerowała bym to ja wykonał gimnastykę mózgu, gdyż była podpięta pod aparat KTG, miała co 2 minuty skurcze i nie mogła usiąść z bólu. W drugiej fazie porodu w kulminacyjnych minutach dopingowałem i skupiłem się na utrzymywaniu koncentracji wykonywanych czynności porodowych. Kiedy dziecko zaczęło wychodzić, położna zaproponowała bym przytrzymywał mocno głowę żonie. Kiedy dziecko zostało wydane na świat byliśmy oboje bardzo szczęśliwi, a żona skrajnie wyczerpana. Poszedłem z maleństwem i położną na ważenie i mycie, a następnie przyniosłem je mamie, która od razu nakarmiła nasze dzieciątko. W tej wzruszającej chwili poczułem się bardzo dumnie i wyjątkowo. Sam przebieg porodu wraz z moim uczestnictwem wydawał się dla mnie przejściem w inny wymiar. W pewnym sensie nim był. Trwał kilka godzin, ale czas uciekał bardzo szybko. Bardzo zależało mi, aby otoczyć żonę troską i czułością. Moje aktywne wspieranie było odbierane bardzo pozytywnie przez żonę i na pewno pogłębiło nasze więzi, relacje i naszą miłość, mimo iż bardzo mocno przeżywałem swoją bezradność wobec przeraźliwego bólu ukochanej. Rodzinny poród nie jest już przywilejem dla wybranych, ani też dużym wydatkiem finansowym dla rodziny. Każdy ma prawo skorzystać z tej możliwości, czy też zrezygnować z tej formy porodu. Konieczna jest indywidualna analiza wszystkich za i przeciw oraz dojrzałość w akceptacji decyzji partnera. Dla mnie i mojej żony było to cudowne doświadczenie.
***
Tekst: Jan Bobka, tato Amelki