Będąc na zwolnieniu lekarskim w ciąży, miałam mnóstwo wolnego czasu. Co rusz szukałam nowego zajęcia, a to nowej pasji, czegoś modnego, czegoś co zabije mój wolny i niespożytkowany czas. Tym sposobem trafiłam do social mediów i tam… utknęłam.

Zaczęło się od szukania inspiracji jak urządzić maleństwu pokoik, jak skompletować wyprawkę, co kupić dla siebie na czas ciąży. I już na tym etapie popełniłam pierwszy błąd. Dałam się omamić kilku popularnym profilom tzw. landrynkowego macierzyństwa, gdzie wszystko jest kolorowe, ładnie poukładane, a dziecko na zdjęciach jest zawsze uśmiechnięte. Kupowałam to co „mama Leonka” umieściła w poście na Instagramie lub Facebooku, nie zastanawiając się czy faktycznie będzie mi to potrzebne. Wówczas nie myślałam również o tym, że większość z tych postów powstaje we współpracy z firmami, które chcą się wypromować na popularnych wśród mam profili.

Po szale zakupów przyszła nowa fala wolnego czasu, wówczas postanowiłam założyć konto w popularnym serwisie i być taką właśnie „mamą Leonka”. Znalazłam swój własny styl robienia zdjęć i pisania postów. Szło mi całkiem nieźle. Poczułam jak to jest być „fejm” wśród innych mam. Skupiłam się na robieniu świetnych zdjęć i zdobywaniu nowych followersów. W czasie, gdy ja walczyłam o kolejne „lajki”, moje nowonarodzone dziecko leżało w kołysce i… czekało, czekało i czekało na mnie. Było same, bo ja byłam w e-świecie, byłam e-mamą, a nie prawdziwą mamą. Sprzedałam się idei e-rodzicielstwa, a nie rodzicielstwa bliskości. Opamiętanie przyszło pewnego dnia, gdy zobaczyłam naprawdę smutne oczy 10-tygodniowego maluszka. Oczy te pytały „Mama, gdzie jesteś?”. Serce mi pękło, a razem z nim pękło moje rodzicielstwo w sieci, konto na Instagramie i Facebooku. Teraz jestem tu i teraz. Jestem blisko maluszka. Mam do nadrobienia sporo zaległości drogie Mamy.

Monika F.

Share Button