Żyjemy w czasach świadomego macierzyństwa i rodzicielstwa. Słowa “jestem w ciąży, będziesz tatą” coraz rzadziej są zaskoczeniem. W zamian, coraz częściej stają się wyczekiwaną informacją. Ale niezależnie od okoliczności w których dowiadujemy się o angażu do nowej roli do odegrania – szczególnie dla tych, którzy będą w niej debiutować – na samym początku ta informacja potrafi dać tyle samo radości, co obaw. Dlaczego? Bo zmienia wszystko, bo otwiera drzwi do pokoju z pytaniami, na które najczęściej nie ma gotowych odpowiedzi.

Położna Janina Frączek, która w tamtym roku wygrała konkurs “Położna na medal”, mówi, że dziecko potrafi przewrócić świat do góry nogami. I to zanim pojawi się na świecie. Nie mam podstaw, żeby jej nie wierzyć, skoro przez ponad trzydzieści lat pomogła pojawić się na świecie kilkunastu tysiącom maluszków.

O tym, że zadebiutuję w roli ojca dowiedziałem się dwa tygodnie przed swoimi 33. urodzinami. Jagoda, która dwa miesiące temu w bardzo kameralnych okolicznościach zdmuchnęła świeczkę na pierwszym urodzinowym torcie, była planowanym dzieckiem. Plany jak to plany, mają to do siebie, że powinny do minimum ograniczać niepewność i liczbę niewiadomych. To tyle z teorii, a jak było w praktyce? Pierwsze trzy, może cztery dni, wspaniale, najlepiej. Euforia i poczucie szczęścia. Tego samego dnia, kiedy dowiedziałem się, że będą tatą, pojechaliśmy nad morze. Był lipiec. Godziny rozmów o tym, czy chłopiec czy dziewczynka, jak damy mu na imię, do kogo będzie podobne, jakie będzie miało oczy, kim będzie w przyszłości…

Pierwsze trudne pytania pojawiły się w drodze powrotnej. Mama Jagody spała, a ewidentnie monotonna jazda autostradą często sprzyja wykluwaniu się w głowie różnych myśli. Wyobrażałem sobie wtedy, że chcę przeżywać i angażować się w ojcostwo. Z pełną obsługą dziecka i wózka pisząc w dużym uproszczeniu, wymykając się dobrze znanym patriarchalnym schematom “ojciec, żywiciel rodziny”, które niektórzy mogą pamiętać przywołując swoich ojców czy dziadków. Spośród dziesiątek pytań; czy dziecko będzie zdrowe? co z porodem? czy stworzymy mu dobry dom? czy dam radę utrzymać rodzinę? co dalej z moją pracą, moimi planami, moim hobby, moim czasem, wolnością? – dwa były najważniejsze. I wydaje mi się, że pozostały takie takie do dziś. To pytania o to, czy sobie poradzę i czy będę dobrym ojcem? Może nawet ojcem idealnym?

No właśnie, i w tym problem. Bo nikt nigdy nie uczył mnie szkicować portretu ojca dobrego-idealnego. Jaki on powinien być? Taki jak mój, a może trochę inny? Lepszy? Może jest jakaś miara, skala, zestaw opisujących go cech? Bo na pewno jest całe mnóstwo wątpliwej przydatności internetowych quizów pod tytułem “Sprawdź, czy jesteś idealnym ojcem”. Główkując wtedy o ojcu dobrym-idealnym chciałem widzieć w lustrzanym odbiciu faceta troskliwego, silnego, cierpliwego. Takiego, który znajdzie zawsze czas, zawsze będzie mu się chciało, z chłodną głową i odważnego. Z tygodnia na tydzień ten zestaw cech rósł, w tempie zakładam zbliżonym co moja córka. Ale do czasu.

Do momentu, kiedy po raz pierwszy zdecydowałem się porozmawiać o tym z mamą Jagody. Przed samą rozmową sporo czasu zajęło mi meblowanie myśli w głowie. Dlaczego? Bo obrazowo wyobrażałem sobie siebie w roli ojca jako dość przemyślanie ułożoną budowlę z klocków, w której każdy klocek to jakaś potrzebna, a nawet konieczna cecha. Bez niego, cała budowla może runąć, a tego wolałem uniknąć. Układam przecież plan, mam dużo czasu, żeby wszystko było na swoim miejscu, żeby wszystko zorganizować, zorganizować siebie.

Bądź zawsze blisko… usłyszałem od mamy Jagody. Trzy słowa, dokładnie tyle. I to niby miało być podsumowanie strategii na mnie, jako na dobrze zaprogramowanego ojca? Ojca, który będzie dawał radę? Trudno mi było wtedy uwierzyć, że “bądź zawsze blisko” może być lepsze od mojej misternie układanej wyliczanki pożądanych cech. Ale o dziwo, tak się właśnie stało. Nie od razu. Ale z czasem, myślenie o nadciągającej zmianie i nowej, czekającej mnie rzeczywistości było zdecydowanie łatwiejsze właśnie z “bądź zawsze blisko”. I wcale nie chodzi o to, że znikały trudne pytania związane z rodzicielstwem, wychowaniem, obowiązkami, porodem, pracą, pieniędzmi. One były, i wtedy kiedy mama Jagody była w ciąży, są i teraz, kiedy mała skończyła rok. Jedyna różnica jest taka, że i wtedy i dziś dużo łatwiej rozmawia mi się wiedząc, że mianownikiem do wymiany zdań jest oczekiwanie, że dla kogoś najważniejsza może być moja bliskość. Tak zostałem ojcem i tatą.

Piotr Majcher – tato rocznej Jagody, całe zawodowe życie związany z mediami, prywatnie kucharz amator, pasjonat włoskiego calcio.

Piotr-Majcher_web

zdj. Chroma Stock